Jeżeli patrzeć na Twoje początki i „odkrywanie regionu” w sieci, to przede wszystkim trzeba wspomnieć profil w mediach społecznościowych o nazwie Pustostan, który przekształcił się w obecny Za Winklem. Opowiedz więcej o tej zmianie i z czego ona wynikła oraz czym jest dzisiejsza strona…
– „Pustostan” to była taka dzika zabawa w „urbex”, czyli eksplorację miejską. Z kumplem, który mieszkał ulicę dalej, od dzieciaka biegaliśmy po podwórkach, klatkach schodowych. Jak to dzieciaki z gnieźnieńskiego osiedla Stare Miasto. Tu było najciekawiej – wśród tych bram, kocich łbów, starych szyldów. Widzieliśmy obiekty, stare wnętrza z duszą i tajemnicą, które powoli przestawały istnieć. Te wszystkie zakłady rzemieślnicze pachnące smarami i benzyną. Z babcią chodziliśmy na ulicę Grzybowo stare poduszki i kołdry czyścić. Pierze w nich wymieniać. Tego świata już nie ma. Zaniechanie, zaniedbanie, dzika deweloperka i kolejne obiekty z historii miasta padały pod naporem łopat koparek. Nawet nie padały, tylko same się chwiały we własnej kruchości z powodu wieloletnich zaniedbań. Zaczęliśmy je fotografować, by uchować i mieć co wspomnieć, zanim miasto nie będzie wyglądać już tak, jak je pamiętaliśmy z dzieciństwa. Potem zaczęliśmy szukać historii tych wszystkich miejsc. Ok, garbarnia „Granit” przy ul. Wrzesińskiej. Ale co to w ogóle znaczy? Biblioteki cyfrowe, stara prasa, internet, pytanie rodziców, bliskich. Do tych zdjęć dodawaliśmy opisy. Rudery nazywaliśmy imionami, dodawaliśmy im tożsamość. Malowaliśmy słowami ich historię i to przemawiało. Ludzie wspominali w komentarzach, dzielili się opowieściami o tych miejscach, wzruszali się. W garbarni pracował kogoś dziadek, a tu uczył się czyjś tata. Historia zaczęła żyć. Poruszaliśmy te statyczne obrazki, do których przywykliśmy mijając je beznamiętnie przez lata. I to otworzyło mi kolejne okna na nowe horyzonty. Skoro historia tak wzrusza, to poszukajmy jej razem. Przecież sam startowałem w tych poszukiwaniach prawie od zera. Znałem tylko całą tą historię o Wzgórzu Lechowym, zjeździe gnieźnieńskim, koronacjach itp. Ale to nie mówiło tak mocno, jak te historie z ulic i bram. Zamierzchłe było. Zakupiłem wszystkie możliwe książki o historii Gniezna. Czytałem z wielkim zaciekawieniem te zapisy o ruinach murów miejskich, jurydykach, katach, pruskiej kolonizacji, odbudowie miasta po pożarze. „Pustostan” ewoluował samoczynnie w kierunku bloga historycznego i nim się stał. Ale po kilku latach postanowiłem dać mu nowego ducha, bo i ja sam się zmieniłem. Podszedłem do tematu trochę bardziej dziennikarsko, do czego namawiała mnie moja dziewczyna Aśka. Nabrałem pewności siebie w tym, co opowiadam gnieźnianom, i zaprosiłem ich „za winkiel”. Zaprosiłem do wspólnego pogadania o mieście, jego fajnej i smutnej stronie, tego co nas w nim wkurza, ale i tego, co w nim jest piękne, nawet jeśli wydaje się brudne. Bo moja brudna kamienica w której się wychowałem może niektórych zniechęcać, ale dla mnie jest piękna, bo jest moja. Tylko w niej tak padało do wnętrza klatki schodowej światło, że przenikając przez kolorowe szkiełka w stuletnich oknach tworzyło o godzinie 16 bajeczny obraz na drzwiach do mieszkań. I każdy z nas ma taki zakątek, dom, zaułek, schodki, ławkę, które są jego. I suma tych opowieści jest opowieścią o najpiękniejszym miejscu na ziemi – naszym mieście.